Pomost nad jeziorem to deski z wystającymi gwoździami, betonowe filary i metalowa barierka. Jednak nie dla mnie. Wychowując się na Mazurach, zakochałem się w jeziorze. Zakochałem się w spędzaniu czasu nad wodą, korzystałem z atrakcji, które zapewniało wspaniałe mazurskie środowisko. Tutaj poznałem przyjaciół, tutaj piłem pierwsze piwo, wdałem się w pierwsze dorosłe bójki i tutaj nie raz zrobiłem rzeczy, których później żałowałem.

Chociaż człowiek, przechodząc obok, widział tylko, przeciętną konstrukcję nad wodą. Konstrukcję gdzie większość roku nikt nie siedział, gdyż było zimno. Jednak przychodziła taka pora roku, w której bardzo dużo czasu spędzałem nad wodą. Było to miejsce, w którym mogłem się ochłodzić, którym żyło nasze miasto. Nawet turysta, dla którego ten pomost był zwykłą konstrukcją, przychodząc o odpowiedniej porze roku, o odpowiedniej porze dnia, zauważał, że jest wyjątkowe. 

Ludzie przychodzili z reklamówkami pełnymi piw. Śmiali się i zaczepiali. Podrywali nawzajem. Powstawały nowe znajomości, czasami ktoś dał sobie w gębę, czasami pojawiła się policja by wystawić jakiś mandat. Czasami ktoś się rozebrał w krzakach. Wszyscy znali zasady. Wszyscy kochali spędzać tam czas. 

Byłem pewien, gdy się obudziłem, że ten dzień, będzie kolejnym zwykłym dniem. Pójdę na żagle, spędzę cały dzień na wodzie. Wieczorem z obolałymi rękami, spalony od słońca i przegrzany, będę po prostu sączył piwo na pomoście. 

Jednak było inaczej, niż planowałem. Pogoda tego dnia była fajna. Wiatr nie był mocny, wiało równo. Spędziłem na żaglach bardzo fajny czas. Razem z kolegami bardzo technicznie podchodziliśmy do tamtego pływania. Od strony żeglarskiej, ten dzień był udany. Prawdopodobnie gdyby był równie udany z każdej innej strony jak wieczorne chillowanie z piwem na pomoście, to nie byłoby sensu, żebym cokolwiek napisał lub powiedział na ten temat. 

Po całym dniu spotkałem się z kolegami, z którymi spędziliśmy dzień na żaglach. Właśnie na tym feralnym pomoście. Na pomoście, na którym znałem każdy wystający gwóźdź. Na którym wiedziałem, na które deski uważać. Z którego przynajmniej dwa razy dziennie, rozpędzałem się do granic możliwości tylko po to, aby na krawędzi wybić się i wskoczyć głową do wody. Uwielbiałem ten krótki kilkusekundowy lot. Gdy czułem, jak niesie mnie siła pędu widząc własne odbicie na wodzie tuż przed uderzeniem. 

Zazwyczaj brałem cztery piwa, chociaż w większości przypadków potrzebowałem więcej. Zawsze robiliśmy dodatkową wyprawę do sklepu po piwo, ale tak już jest. Lubiliśmy po tych kilku piwach przejść przez całe miasteczko, powiedzieć cześć do jednej lub drugiej osoby. Miasto było magiczne latem. Zwłaszcza nocą. 

Tym razem jednak wziąłem jedno piwo. Nie pamiętam dlaczego, może miałem kaca po poprzednim dniu, a może miałem coś ważnego do zrobienia następnego dnia. Tak czy inaczej, wziąłem jedno piwo. 

Tego wieczoru planowałem być grzeczny. Posiedzieć z ludźmi, którzy są mi bliscy. Porozmawiać, pośmiać się, pozaczepiać dziewczyny. Następnie położyć się spać kontrolując całe środowisko i rozpocząć następny dzień, cokolwiek miałby przynieść. 

Siedząc z tym jednym piwem, otoczony dwoma kumplami. Nie sądziłem, że następne wydarzenia mogę tak mocno wpłynąć na moje życie. Mieliśmy ze sobą gitarę. Kolega uwielbiał grać na gitarze i robił to świetnie. Mieliśmy dobrze utarty repertuar. Znaliśmy każde słowo piosenki i każdy akcent.

Naszym repertuarem były głównie szanty. One właśnie utożsamiały nas z wilkami morskimi. O ironio większość czasu spędzaliśmy na mazurskich jeziorach zamiast oceanów. Jednak czuliśmy ten sam zew do wody, ten sam szacunek do potężnej siły. Siedząc z gitarą, czuliśmy się wyjątkowo.

Ten wieczór faktycznie miał być taki sam jak każdy inny. Jednak wcale taki nie był. Dwie dziewczyny i chłopak, którzy się do nas dosiedli, też nie podejrzewali, w jakiej grze wezmą udział. 

Nie było nic dziwnego, że obcy ludzie do nas dołączali. Muzyka, którą graliśmy miała w sobie miłość do wody. Emocje i piękna muzyka przyciągały. Pamiętam wiele wschodów słońca w otoczeniu grupy ludzi całkowicie mi nieznanych. Pomimo że prześpiewaliśmy razem całą noc, rano mieliśmy o sobie zapomnieć. 

Osoby, które do nas dołączyły tego wieczoru, przybyły z Warszawy. Mazury to dla nich druga strona wahadła. Brak pośpiechu i natura. Szybko odnaleźliśmy wspólny język, a były to szanty. Nie znaliśmy ich imion. Imiona były zbędne, liczyła się chwila. Piękna chwila nad wodą z naszą przyjaciółką gitarą.

Gdybym zamroził ciąg wydarzeń wtedy. Nie byłoby powodu do pisania. Sześć osób na pomoście z gitarą i piwem. Koniec historii. Jednak to nie był koniec.

Siedząc na pomoście, widzieliśmy najmniejszy ruch na ścieżce,  zwłaszcza, że nie było wielu ludzi. A tego wieczoru tak właśnie było, choć nie pamiętam dlaczego. W regularnych odstępach czasu pojawiały się nieduże grupki osób spacerujące wzdłuż jeziora. 

Trzech mężczyzn w kapturach na chwilę przykuło naszą uwagę. Zniknęli jednak za zakrętem. Zapomnieliśmy o nich. Wyglądali jak typowi dresiarze, ale na Mazurach każdy odpoczywa jak umie. Przedsiębiorca z Warszawy też lubił nosić dresy. 

Graliśmy, śpiewaliśmy i się śmieliśmy. Staraliśmy się pokazać dobrą polską gościnność naszym gościom z Warszawy. Nie minął kwadrans, a znów zobaczyliśmy zakapturzonych mężczyzn. Tym razem szli w drugim kierunku. Regularnie kierowali wzrok na nas. Co wydawało się dość dziwne. 

Podeszli i dość niepewnym głosem zapytali się, czy mogą dołączyć. Bez żadnych wątpliwości się zgodziliśmy. Nie znaliśmy motywacji ich decyzji. Czy były to dziewczyny w naszym towarzystwie, czy dźwięki gitary? Tak czy inaczej, nie mieliśmy zastrzeżeń. Docenialiśmy ich chęć integracji. Mało kto miał odwagę podejść i zapytać. 

Nasze gusta muzyczne na żadnym pułapie nie mogły się zsynchronizować. My kochaliśmy szanty, a koledzy ich nie znali. Tutaj widzieliśmy możliwość do pokazania naszej miłości do wody. Naszej gorącej pasji do niebezpiecznego żywiołu. 

Pomimo niepokoju, jaki przebijał się przez twarze naszych nowych gości. Dbaliśmy o przyjacielską atmosferę. Jednak momentami dało się uchwycić sformułowania nasączone jadem agresji, przekleństwami i dwuznacznością. 

Z chwili na chwilę sytuacja stawała nieprzyjemna. Niepokój eskalował. Wypowiedzi nie były już dwuznaczne. Stały się chamskie. Bezczelne i prowokacyjne. Zastanawialiśmy się, jaki cel przyświecał naszym gościom? Dlaczego podeszli? Czy chodziło o grę na gitarze? 

Przyglądając się,  zauważyliśmy, że daleko im do przedsiębiorców z Warszawy. Słownictwo raczej więzienne. Dwóch z nich  szczurkowatej aparycji i ten trzeci. Pień drzewa. Bezlitosna potężna masa mięśni. Dwa metry wzrostu. Potężny człowiek z chęcią dominacji wypisaną na twarzy. Chorą samczą chęcią dominacji fizycznej. 

To właśnie on chciał gitarę. „Dajcie mi zagrać” – krzyknął. Nie była to prośba. Usłyszeliśmy rozkaz, jak od dowódcy w wojsku.  

Gitara była naszym przyjacielem. Mieliśmy zestaw zasad jak o nią dbać. Wiedzieliśmy jak ją stroić i podawać między sobą. Każdy znał te zasady. Każdy uważał, żeby jej nie zarysować i nie uszkodzić strun. Gitara towarzyszyła w podróżach i spotkaniach. Dzieliła z nami najlepsze momenty życia.  Była członkiem rodziny. 

Wbrew woli przekazaliśmy gitarę osiłkowi. Szarpane struny i nieudolne trzymanie sygnalizowały pierwszą styczność z tym instrumentem w życiu. Swoją niekompetencję maskował wybuchami udawanego śmiechu z akompaniamentem szczurkowatych kolegów. Zarówno oni jak i my wiedzieliśmy, że nie ma w tym nic śmiesznego. 

Kilka minut tego smutnego cyrku i podjęliśmy bezsłownie decyzję o odebraniu gitary. „To jak? Może Radek coś nam zagra?” – powiedziałem, próbując przekonać pień drzewa do oddania gitary. Gdybyśmy teraz dostali gitarę, nie byłoby tej historii. Nie byłoby, o czym opowiadać. „Nie!” – usłuszeliśmy. Przesączone agresją i planowane od początku proste słowo. Jakby z zaszytym w środku: „sprawdź mnie cwaniaczku”. 

Czas zwolnił. Co się dzieje? Co planują? Pień drzewa po chwili niezręcznej ciszy i mierzenia się wzrokiem dodał: „zagram jeszcze jedną”. Szarpanie gitary i śmiech smutnego klauna znów rozbiegły się po pomoście. Szczurkowaci koledzy rezonowali rechot, a  gitara cierpiała w łapskach troglodyty. Szarpanie strun i kakofonia dźwięków pozbawiały nas radości. Osiłek patrzył prosto w oczy, prowokując i sprawdzając nasze reakcje. Jak małe dziecko testujące, na co może sobie pozwolić? Kiedy ojciec powie mu: „dość”. 

Nie powiedzieliśmy mu „dość”. Baliśmy się. Jego niezręczność i arogancja pchnęły go do działania. Uśmiech klauna zastąpił dziwny grymas. Grymas, którego nie mogliśmy jeszcze pojąć, a za chwilę miał być oczywisty. 

Osiłek wstał na równe nogi. Obserwowaliśmy, jak ten wielki pień drzewa chwyta gitarę jak kij bejsbolowy. Po czym następuje wielki zamach za plecy. Czas zwalnia. Niemal zatrzymuje się. Gitara mknie w kierunku grubej metalowej barierki. Centymetr za centymetrem.

Jaka była motywacja do podjęcia takiej decyzji? Strach? Agresja? Czy było to zaplanowane? Czy może spontaniczne? Sprawiało przyjemność? Czy może miało po prostu skrzywdzić innych? Dlaczego ktoś chwycił gitarę jak kij bejsbolowy i wykonał ten okrutny zamach?

Patrząc na sytuację trwającą kilka sekund, odczuwałem tylko zdziwienie. Mózg nie rozumiał. Nie akceptował takiej rzeczywistości. Zgubiliśmy się w czasie i przestrzeni, próbując zrozumieć tę scenę. Nierealność. 

Patrzyłem jak wierna towarzyszka naszych wschodów słońca i podróży autostopem trzymana jak kij bejsbolowy niechybnie sunęła ku swojej zagładzie.  Obserwowałem w bezruchu najzwyczajniej nierozumiejąc. Nie rozumiałem, co się działo. Zniknął kontekst miejsca i czasu. Widziałem tylko tę nierealność. 

Usłyszałem uderzenie. Straszny huk. Odruchowo zacisnąłem powieki. Może to nie prawda. Może, to jakieś nocne zwidy. Dźwięk pękającego drewna i zrywanych strun obdzierał mnie ze złudzeń. Otworzyłem oczy, by zobaczyć fragmenty gitary lecące do wody. Stało się. Trzymana jak kij bejsbolowy gitara została roztrzaskana o barierkę, a arogancki pień drzewa z chorą satysfakcją stał pośrodku. „Jak mogłeś bydlaku to zrobić?” – powiedziałem z niedowierzaniem. Jak mogłeś wziąć ten potężny zamach i zniszczyć kawałek naszych wspomnień. Jakie emocje nim mogły kierować?

Czy się bał? Nie mógł znaleźć z nami wspólnego języka? Może za wszelką cenę chciał wywołać w nas agresję. Z agresją był w stanie sobie poradzić. Na agresję odpowiadał agresją. Proste i skuteczne działanie. Z innymi emocjami sobie nie radził. Innych emocji mógł nie znać. Mógł się ich bać. Wybrał to co znał. Wziął tę gitarę jak kij bejsbolowy i roztrzaskał ją na naszych oczach. Gdyby historia skończyła się teraz, pewnie nie byłoby sensu jej spisywać. Jednak czułem powinność opowiedzieć resztę. 

Straciliśmy racjonalność. Poderwaliśmy się na równe nogi. Nie akceptowaliśmy świata, gdzie osiłek chwyta gitarę i niszczy ją w drzazgi. Naszą wierną przyjaciółkę. 

Nie wiem jak to się zawiązało, ani kto był pierwszy. Zauważyłem, jak dwóch szczurkowatych cwaniaków zaczęło okładać kolegę pięściami. Chyba działali według planu. Wiedzieli, co trzeba zrobić. Jakby czekali tylko na sygnał do startu. 

Doskoczyłem ratować kolegę. Celnym uderzeniem w twarz zdezorientowałem jednego z dwóch napastników. Poprawiłem drugim ciosem i wypchnąłem go z pomostu do wody. Cały czas byliśmy odcięci od brzegu przez agresorów. 

Zaczynaliśmy kontrolować sytuację. Na moment poczułem, że gorzej już nie będzie. Zapomniałem o tym pniu drzewa. O człowieku, który z premedytacją na naszych oczach zamienił gitarę w drzazgi. 

 Usłyszałem rytmiczne uderzenia ciężkiej masy o deski pomostu. Gdzieś z mojej lewej coś się zbliżało. Nie kojarzyłem co. Nie miałem na to czasu. Ratowałem kolegę. Planowałem wyrzucić z pomostu drugiego chłopaka. Planowałem uspokoić sytuację. Zakończyć awanturę najszybciej jak się da. Jednak wtedy właśnie moje wspomnienia straciły ciągłość.

Otworzyłem oczy i nie wiedziałem, gdzie jestem. Mnóstwo świecących gwiazd. Wirowały i drżały jednocześnie. Po chwili pojawił się potężny ból głowy. Z perspektywy czasu już wiem, co się stało. W tamtej chwili nie wiedziałem, kim jestem i dlaczego leżę na deskach pomostu, zalany krwią. 

Niebieskie światła radiowozu. Szarpanie z funkcjonariuszami i lecąca butelka po piwie rozbijającą się przy moich nogach. Jakiś chaos, w którym nie znałem swojej roli. Usłyszałem od kogoś: „Podniosłeś się, a nie sądziłem, że się podniesiesz”. Kolega widział, co się stało. Widział jak wielki pień drzewa, który wcześniej w zniszczył nasz instrument, rozpędził się i z pełnym impetu celnym uderzeniem szkolonego boksera wysłał mnie dwa metry w tył. Leciałem nieprzytomny po niespodziewanym uderzeniu od osoby, o której na ułamek sekundy zapomniałem. Zapomniałem, że to właśnie ona była głównym zagrożeniem. 

Lecąc nieprzytomnym przez pomost zazwyczaj wpada się do wody, jednak metalowa barierka zatrzymała mnie. Głową uderzyłem o metalową rurę. Leżałem nieprzytomny, a zgięta szyja uniemożliwiła mi oddychanie. Dusiłem się. Brak tlenu szybko obudził mnie. Zrozumiałem następnego ranka, że zatrzymanie się na barierce było szczęśliwym trafem. Czymś, co mnie uratowało od utopienia. Byłem wdzięczny, że moje nieprzytomne ciało nie wyleciało w środku nocy do wody.

Koledzy pomogli policjantom zakuć naszych patologicznych znajomych. Chwilę po tym, odprowadzaliśmy się do domów. Stres znikał krok po kroku. Idąc nie mogliśmy wyjść z podziwu, że poza kilkoma siniakami nie mieliśmy większych uszkodzeń. Rozeszliśmy się do domów. Ból głowy i adrenalina utrudniały zaśnięcie. Zasnąłem.

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google photo

You are commenting using your Google account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s