Zazwyczaj jadę szybciej. Nie chodzi o premedytację. Najzwyczajniej jadę szybciej. Może właśnie to był powód. Może właśnie dla tego efekt był jaki był. 

Wsiadłem na motocykl i ruszyłem w podróż. Ulubiona piosenka w głośniku i szybki motocykl w słoneczny dzień. Burczenie i podnoszące się koło. Cały tydzień na to czekałem. Zniknąć w trasie. Obudzić diabła.

Jazda po Krakowskich drogach jest wymagająca. Kierowcy mają tendencję zmieniać chaotycznie pasy i agresywnie hamować. Koło motocykla przy mocniejszym hamowaniu potrafi wpaść w poślizg. Zwykła przejażdżka przez miasto wymaga niezwykłej uwagi. Prowadzony przez kolegę dynamicznie przemieszczamy się przez zakorkowany Kraków. Uważaj z prawej, słyszę w głośniku. Kierowca zmienił pas nieoczekiwanie. Musiałem zareagować. Na pasie ruchu nie ma wystarczająco miejsca dla motocykla i samochodu. Jest zbyt wąski. Uderzenie w bok motocyklisty zazwyczaj miażdży nogę i przewraca motocykl. Dodając gazu uniknąłem zagrożenia. Takie manewry to codzienność w ruchu miejskim. Duże miasta wymagają niezwykłej uwagi. 

Poza miastem dodaliśmy gazu. Piękne polskie lasy i pola. Dynamiczne zrywy i wyprzedzania. Umysł już jest w medytacji diabła. Prędkość i uwaga. Tutaj zagrożenia są inne. Ułamki sekund decydują czy znajdę miejsca na swoim pasie. Nie daj się zabić. Regularna mantra przerywana słowami ulubionej piosenki. 

Jadę szybciej niż powinienem. Wyprzedzam ciężarówki. Jest ich kilka. Na przeciwnym pasie pojawia się samochód. Zobaczyłbym go wcześniej, gdyby nie zakręt. Setne sekundy to czas na podjęcie decyzji. Gaz albo hamulec. Tak czy inaczej muszę się schować. 

Przy dużych prędkościach takie uderzenie to śmierć. Nie ma kompromisów. Nie ma szansy na drugą próbę. Nawet po prawidłowej decyzji jest niebezpiecznie. Mocne hamowanie i przyśpieszenie mnożą niebezpieczeństwa. Czy się zmieszczę miedzy samochodami? Nieuchronnie zbliżające się światła budzą serce. Wystrzał adrenaliny rozszerza źrenice. 

Gaz, to moja decyzja. Widzę okno pomiędzy samochodami. Zaciskam nogi na baku. Przyśpieszenie prostuje łokcie. Prędkość szybuje w górę. To już nie jest przejazdowe tempo. To wyścig o życie. Pochylam się nad bakiem motocykla. Przyśpieszenie podrywa koło do góry. Utrzymać kierownicę, zmieścić się w okno pomiędzy samochodami. Wyhamować na czas. To wszystko trwa nie więcej niż dwie sekundy. 

To nie ja rozwiązuję problemy. Diabeł pod skórą podejmuje decyzje. To on znalazł bezpieczne miejsce. Słyszę własny śmiech. Adrenalina odpuszcza. Jedziemy dalej. Pierwsze razy były gorsze. Teraz pozostaje tylko śmiech. I historia wiążąca mnie i przypadkowy samochód z przeciwnego pasa. Kolejna taka sama historia. To jest to.

Dwieście, a może dwieście pięćdziesiąt. Sam już nie wiem, prędkość i czas zlewają się w jedno. Jednak to dwieście kilometrów już za nami. Boczna droga na Grójec już nie jest tak zatłoczona. Zwalniamy. Diabeł znika. Kontroluję sytuację. Jedziemy zgodnie z przepisami. Ustawiam się z przodu i podziwiam prostą pustą drogę. Szerokie pobocze i piękny las z obu stron. Jak cudownie jest napawać się pięknem i spokojem. Nieduża prędkość i prosta droga dają poczucie bezpieczeństwa. Droga jakby z innej rzeczywistości. Pusto i cicho. Nagle, kierownica szarpie w lewo i prawo. W lewo i prawo. Mocniej i mocniej. 

Wieczność zamknięta w jedną sekundę. To już nie jest jazda. Patrzę w dół. Adrenalina i nieobecność. Wszystko poza kontrolą. Widzę zbliżający się asfalt. Panicznie trzymam się kierownicy. Moje bezużyteczne koło ratunkowe.  Czuje jak zrywają się mięśnie. Puść tą kierownicę kretynie. Powinienem to powiedzieć. Nie powiedziałem. Trzymałem. I za to płacę. Uderzam przodem kasku o asfalt. Szyba wyskakuje. Kask ściera się o asfalt. Impet uderzenia przesuwa głowę w kasku.  Smak krwi w ustach. Zęby i kask są teraz zaciskami imadła dla warg. Metaliczny smak. Krew.

Ciężar motocykla rozgniata stopę i łydkę. Szarpnięciem i kopniakiem wyrywam stopę spot motocykla. Suniemy obok siebie. Z brzucha przewracam się na plecy. Krew, adrenalina i potężny strach. Czuję jak ścieram się. Ten straszny dźwięk drapania ubrań i kasku o asfalt. Motocykl wyprzedza mnie a za nim warkocz iskier. A ja szoruję o bezlitośnie szorstki asfalt za moim motocyklem w deszczu maleńkich żółtych iskier. Lądują na moich spodniach i twarzy. Jest w tym coś niezwykłego. Przeżyłem. 

Co jest najważniejsze po takim upadku? Złamania? Obtarcia? Zdecydowanie nie motocykl. Dlatego podnoszę motocykl. Sprawdzam czy nic się nie urwało. Uruchamiam silnik. Nie zdjąłem nawet kasku. „Usiądź” – słyszę od kumpla. „Usiądź i sprawdź czy jesteś cały”. Tak, jestem cały. Adrenalina buczy mi w głowie. Chyba nic nie pękło, trochę się podrapałem. Kilka siniaków i obite wargi. Po 15 minutach wsiadłem znów na motocykl i dokończyłem podróż do Warszawy.

„Łysy, jesteś niezniszczalny. Widziałem Cię sunącego w deszczu iskier i powtarzałem tylko jedną rzecz, podnieś się, błagam podnieś się, błagam podnieś się”. Powiedział kolega wieczorem nad Wisłą. 

Zdecydowanie nie jestem niezniszczalny, nie zrezygnowałem też z motocykla. Czasami po prostu się sunie w deszczu maleńkich żółtych iskier. Życie. 

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google photo

You are commenting using your Google account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s