Wszystko zaczęło się od Chudego Wawrzyńca… Chudy Wawrzyniec czyli ultramaraton dla wszystkich.  Odbył się w lipcu i wziąłem w nim udział. Obiecałem sobie, że jeżeli ukończę go na własnych nogach zamiast w noszach ratowników górskich, to założę bloga, żeby opowiedzieć, co nieco o moich doświadczeniach związanych ze sportem. A że to własne nogi przeniosły mnie przez metę na 53km…  Zaczynamy.

To poprostu ja.
To poprostu ja.

Cześć. Jestem Sebastian.

Mam 27 lat. Czasami startuje w półmaratonach, czasami w biegach z przeszkodami, a ostatnio jak już wspominałem, połakomiłem się na ultra-maraton. Regularnie staram się trenować kalistenikę (pompki, podciąganie na drążku, przysiady i wiele innych ćwiczeń masą własnego ciała). To robię teraz, a co kiedyś??? Kiedyś było zupełnie inaczej, ale o tym innym razem.

Wracamy do Chudego Wawrzyńca. Chudy Wawrzyniec czyli ultramaraton dla wszystkich.

O tym, ze pobiegnę zdecydowałem 4 tygodnie przed zawodami. Była to spontaniczna decyzja… Co mnie tknęło? Sam nie wiem. Co prawda ultramaraton był już dość długo na liście rzeczy, które planowałem zrobić w życiu, ale zawsze uważałem, ze trzeba być dobrze wybieganym, żeby się za to brać. Ja przed moimi zawodami zrobiłem dokładnie 3 treningi biegowe po 30min każdy. Późnej miałem kontuzje stopy, tydzien nie robiłem nic, a przedostatni tydzień kilka razy pływałem w ramach treningu. Nie żebym nie wiedział, że bieganie jest lepsze w przygotowaniu do zawodów biegowych, jednak bałem się, że kontuzja stopy się odnowi. I tak oto przygotowałem się do zawodów…

Bo przed tymi przygotowaniami poprzednie treningi biegowe miałem w listopadzie ubiegłego roku, gdy szykowałem się do zawodów Viking Obstacle Run na dystansie 19km (ale o tym innym razem). W prostych słowach: nie byłem zbyt wybiegany, stojąc na starcie.

Chudy Wawrzyniec czyli ultramaraton dla wszystkich.

Stałem na starcie już o 3.15 nad ranem. Po 1.5h snu. Mało jak na dzień pełen przygód tuz przed nosem. (notka na przyszłość: wyspać się i zjeść porządne śniadanie) Moje śniadanie było marne, choć samo stwierdzenie, że było jest delikatnie przesadzone. (saszetka musli na sucho, nic innego nie miałem) Doczekałem do 4 rano i wystartowałem, deszcz tuż przed startem nie napawał optymizmem, ale to i tak lepiej niż upały. Bieganie w upał to bardzo duże obciążenie dla organizmu,  zwłaszcza gdy mowa o ultra.

Miało być 6km po asfalcie, ale zegarek pokazał mi około 8.

Pierwszy i jedyny punkt żywieniowy był na 37km. Daleko i głodno, zwłaszcza po takim ‘super’ śniadaniu jak moje. Rytmiczne chlupotanie wody w butach umilało kilometr za kilometrem (ciągle deszcz). Żele energetyczne pobudzały do biegu kosztem rewolucji w żołądku. Trzeba było ustępstw. Pogodziłem się z myślą, ze nagła potrzeba może pokierować moje kroki w jakieś ustronie miast ku mecie. I tak też się zdarzyło (dwukrotnie). Ostatnie podbiegi do punktu żywieniowego były bez woli walki, biegłem tylko dlatego, że wiedziałem ile energii organizm ma w sobie, że to zwykły system awaryjny w mojej głowie mówi dość. Dodarłem tam na górę, żeby jeść…
podbieg

Punkt żywieniowy na 37km.

Momentami poważnie myślałem, że nie dam rady. Ssanie w żołądku zatrzymało mnie dwa razy, żeby zjeść kilka jagód. Przyznam, że były pyszne. Wbiegając na punkt żywieniowy miałem ochotę wsadzić twarz w skrzynkę z drożdżówkami. Zjadłem chyba 5. Do tego ciastka, owoce i wiele, wiele innych. Nie wiem kiedy tyle jedzenia w siebie upchnąłem. Gdy zacząłem jeść założyłem kurtkę bo wiedziałem, że mogę się wyziębić. Planowałem około 30min przerwy. Po 10 minutach było mi tak zimno, że nie moglem siedzieć, szczękały mi zęby i drżało całe ciało. Wiedziałem, ze muszę ruszać dalej, bo jak się nie podniosę, to już nie dam rady biec. Problem polegał na tym, że nogi były jeszcze bardzo słabe, a ciało już domagało się ciepła. Wiedziałem, że nic nie wymyśle. Trzeba było ruszać. Pierwsze dwa kilometry spaceru, później wymuszona przerwa w krzakach i z tamtych właśnie krzaków wyszedłem jak nowy. Lekki, krzepki i pełen energii.

Ostatnie kilkanaście kilometrów…

Przebiegłem je bez większych problemów. Sił już miałem mało, ale konsekwentnie pokonywałem kilometr za kilometrem. Czasami miałem uderzenia bólu w kolanie, czasami się wywracałem na błotnistej ścieżce, ale udało mi się dotrzeć do mety w jednym kawałku i z uśmiechem na twarzy.

Podsumowanie…

Dałem radę. Było ciężko, ale satysfakcja po takim biegu jest ciężka do wyrażenia. Do dzisiaj mam jeszcze opaskę z biegu na reku. Tam na szlaku myślałem różnie, momentami żałowałem startu, a momentami (zwłaszcza później), łzy radości kręciły mi się w oczach.

Trampy na ultramaraton po górach.
Trampy na ultramaraton po górach.

Z perspektywy czasu wiem, ze to świetny pomysł. Polecam go wszystkim, tylko proponuje przygotować się do takiego biegu. W podsumowaniu chciałbym jeszcze powiedzieć, że cały ten długi na 53km bieg górski pokonałem w tenisówkach za 40zl. O tym dlaczego to zrobiłem opowiem innym razem. Nie chcę jeszcze bardziej rozciągać tego wpisu. I tak nikt tu pewnie nie dotrwał.

Tutaj link do strony biegu:

Chudy Wawrzyniec

Tutaj link do galerii z biegu:

Galeria Chudy Wawrzyniec 2016

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s